Plotki o sojuszu stulecia zostały zdmuchnięte szybciej niż błąd kompilacji. Tajwański gigant produkcyjny, TSMC, po raz kolejny zdementował pogłoski, jakoby rozważał jakąkolwiek formę partnerstwa, a tym bardziej inwestycji, w borykającego się z problemami Intela.
Król krzemu mówi „Nie”
Zacznijmy od faktów: w świecie półprzewodników liczą się pieniądze, technologia i stabilność. Ostatnio Intel, mimo gigantycznych ambicji w obszarze produkcji chipów (biznes tzw. foundry), ma problem z tą trzecią składową. Dlatego, gdy na łamach Wall Street Journal pojawiła się plotka, że Intel miał zwrócić się do TSMC z propozycją wspólnego przedsięwzięcia (joint venture) i potencjalnej inwestycji, rynek wstrzymał oddech.
Sęk w tym, że plotka okazała się, według samych zainteresowanych, kompletną bzdurą. Taiwan Semiconductor Manufacturing Corporation (TSMC) kategorycznie zdementowało te doniesienia za pośrednictwem mediów, w tym Taipei Times. Przekaz jest jasny i stanowczy: Intel nie prosił nas o żadne inwestycje. Żadne rozmowy na temat partnerstwa nie miały miejsca.
To twarde postawienie sprawy przez TSMC pokazuje, że mimo dramatycznej sytuacji finansowej Intela, tajwański potentat nie ma zamiaru ratować swojego historycznego rywala. A powodów, dla których Intel szuka pomocy, jest aż nadto.
Odlewniczy kryzys i cięcia w Intelu
Dlaczego Intel, który przez dekady dominował w branży, nagle musi stukać do drzwi konkurencji? Odpowiedź jest złożona, ale sprowadza się do niestabilności finansowej i technicznej.
W ubiegłym roku na jaw wyszła zła kondycja finansowa Intela, co zmusiło firmę do drastycznych kroków. Prezes Lip-Bu Tan zarządził korporacyjne czystki, w ramach których pracę straciło ponad 12 tysięcy pracowników, to blisko 20% załogi! Oprócz cięcia kosztów, firma wyzbywała się mniej strategicznych działów, by skupić się na swoich głównych kompetencjach.
Jednak największe problemy dotyczą produkcji. Intel ma poważne trudności z osiągnięciem satysfakcjonującej wydajności w procesie technologicznym 18A, kluczowej dla przyszłych generacji chipów. Co gorsza, sam szef firmy zasugerował, że jeśli Intel nie znajdzie dużego klienta, może anulować rozwój kolejnych zaawansowanych litografii, takich jak Intel 14A. To postawiłoby pod znakiem zapytania całą strategię „odlewni przyszłości”.
Biznes foundry Intela, czyli produkcja chipów dla firm zewnętrznych, to na razie studnia bez dna. Firma prognozuje, że zacznie on wychodzić na zero dopiero około 2027 roku. Czyli w momencie planowanej premiery 14A, o ile w ogóle do niej dojdzie.
Dlaczego TSMC trzyma się z daleka?
Mimo że Intel jest w potrzebie (ostatnio dostał spory zastrzyk gotówki od SoftBanku oraz 5,7 miliarda dolarów z amerykańskiej dotacji CHIPS and Science Act w zamian za 10% udziałów), a nawet Nvidia zainwestowała 5 miliardów dolarów w akcje Niebieskich, TSMC pozostaje nieugięte. I trudno się dziwić.
Dla TSMC, lidera rynku z niemal stuprocentową pewnością w zarządzaniu najnowocześniejszymi procesami technologicznymi, Intel to nie tylko potencjalny partner, ale przede wszystkim rywal z ambicjami, by w przyszłości przejąć część tajwańskiego tortu. Po co pomagać konkurentowi, który sam posiada ogromne, choć obecnie problematyczne, moce produkcyjne?
Do tego dochodzą paradoksy rynkowe: Intel ma kłopot z przekonaniem konsumentów do swoich najnowszych procesorów Lunar Lake, które mocno stawiają na sztuczną inteligencję (AI), podczas gdy jednocześnie podnosi ceny starszych jednostek Raptor Lake, bo nagle rośnie popyt na „przestarzałe”, ale sprawdzone chipy bez AI.
Wchodzenie w tak skomplikowany układ, z firmą o niepewnej przyszłości technologicznej i finansowej, nie ma sensu dla TSMC. Chyba że na stole pojawiłby się jakiś olbrzymi, przełomowy zysk – czy to technologiczny, czy geopolityczny. Na razie jednak Intel musi szukać ratunku gdzie indziej.
